Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mój lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mój lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Jaki jest kot Maine Coon?

Jaki jest kot Maine Coon?

Rasowe koty cieszą się ogromną popularnością wśród miłośników czterech łap.  Ich unikatowy wygląd oraz specyficzne cechy charakteru są kuszące dla przyszłych potencjalnych właścicieli. Ci, którzy wyjątkowo mocno kochają zwierzęta, często przed kupnem kota zastanawiają się nad moralnością tej decyzji - czy nie lepiej zamiast płacić za kota, który i tak czy siak prędzej czy później znajdzie dom, zaadoptować bezdomnego kota dachowca.


Nie będę ukrywać, ze sama źle się z tym czułam i miałam wyrzuty sumienia. Miałam już kilka kotów dachowców i nadal uważam, że to "najczystsza rasa kota" - są piękne, niezależne, ale mimo wszystko na swój koci sposób -  wierne.  Jeżeli zastanawiasz się nad kotem, warto zwrócić uwagę na jeden czynnik. Czy planujesz dać kotu wolność (czyt. wypuszczać go na podwórko, gdy tylko miauknie)? Jeżeli nie jesteś w stanie zagwarantować mu swobody wychodzenia na zewnątrz uważam, że powinnaś wybrać kota rasowego. Ja polecam kota rasy Maine Coon.
Kot Maine Coon
Cześć jestem Edward ;)

Moje ulubione miejsca w czterech ścianach

Moje ulubione miejsca w czterech ścianach

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić moimi ulubionymi miejscami w domu. Są to takie dodatki, dekoracje lub aranżacje, które po prostu uwielbiam. Podejrzewam, że każda z Was też ma takie miejsca w swoich czterech ścianach. One często wywołują u mnie uśmiech na twarzy i  poprawiają nastrój .

Pierwsze z nich to szafka nocna, o której marzyłam już bardzo długo. Zawsze sobie ją wyobrażałam białą, z lampką, kwiatami i zdjęciem Audrey. W takim towarzystwie pobudka nawet w środku nocy jest przyjemniejsza.


Komoda z modelami samolotów, to był pomysł mojego męża, na początku nie byłam przekonana, a teraz zdecydowanie uwielbiam to miejsce w naszym domu. Kto by chciał patrzeć na miejsce pracy w domu? Tylko osoba która kocha swój zawód!



Niestety, zabrakło mi miejsca w domu na toaletkę, więc znalazłam sobie miejsce na kosmetyki i swoje akcesoria w toalecie. Ozdobiłam małą szafkę kwiatkami, książkami i kosmetykami. Taki oto efekt uzyskałam ;)




Ciekawa jestem Waszych ulubionych miejsc, koniecznie piszcie!

5 mitów o pracy w chmurach

5 mitów o pracy w chmurach


Wokół zawodu personelu pokładowego krąży wiele mitów i legend, które może kiedyś faktycznie istniały, ale dzisiaj nie mają racji bytu. Często są to powody, dla których  osoby zafascynowane lotnictwem, rezygnują. Całkiem niepotrzebnie, bo w praktyce wszystko wygląda inaczej. Ja sama się o tym przekonałam i dzisiaj się z Wami podzielę tymi spostrzeżeniami.



Musisz być chuda i wysoka, niczym  modelka Victorii Secret's  

Największy mit, szczególnie z tym wysoka. Ja mam 171 wzrostu i jestem jedną z wyższych osób w firmie. Rozmiar mundurów nie ogranicza się tylko do 34, są też większe 38 i 40.

Biegła znajomość języka angielskiego i jeszcze wielu innych  

Większość linii lotniczych, które mają bazy w Polsce, przeżyją z Twoim jednym językiem – angielskim – w dodatku nawet na poziomie średniozaawansowanym. Więc jeżeli nie mówisz biegle po angielsku (C1 bądź C2), nigdy nie uczyłaś się go profesjonalnie ani nie mieszkałaś w Anglii, to tak jak ja. Oczywiście w ogłoszeniu o pracy firmy napiszą, że taki wymagają, ale w rzeczywistości szukają pewnych cech charakteru, więc, jeżeli spełniasz ich inne wymagania, są w stanie przymknąć oko na to, że nie do końca dobrze stosujesz  gramatykę, albo czasami zapomnisz jakiegoś słówka ;)



Nie masz czasu dla rodziny

Zdecydowanie nie jest to prawda. Znam dwie osoby które latają w innych liniach, ja nie narzekam ani na brak czasu, ani na te osoby. Więcej pracy mamy w sezonie letnim, ale w zimie zdecydowanie mamy czas na porządny odpoczynek. Moim zdaniem jest to jak najbardziej praca idealna dla żony i matki. Zależy oczywiście od linii, jednak w naszych krajowych realiach, zdecydowanie da się pogodzić pracę z życiem prywatnym.

Zwiedzisz cały świat i jeszcze kosmos

Jeżeli chcesz mieć bazę w Polsce, to zdecydowanie będzie ciężko ze zwiedzaniem. Czasami zostaniesz na jedną noc w Hiszpanii czy w Norwegii. Ale pobyty na drugim krańcu świata kompletnie się nie zdarzają. A jeżeli wybierzesz linie czarterową, to większości, będziesz wracać po lotach do swojej bazy.

Jest to zawód, na chwilę
A ja planuję go uprawiać jak najdłużej, być stewardessą to nie zawód, to styl życia, z którego nie zamierzam rezygnować ;)
Kolczyki skrzydełka


Mam nadzieję, że wszystkie osoby, które marzyły o tym zawodzie, ale z powodu wyżej wymienianych mitów, nie wysłały jeszcze CV, zmienią zdanie i natychmiast zaaplikują.  Ja trzymam za Was mocno kciuki!
Nowa praca, pierwsze wrażenia ;)

Nowa praca, pierwsze wrażenia ;)

Zaryzykuję stwierdzeniem, że z okna mojego biura, mam najpiękniejsze widoki. Pomimo, iż jest to bardzo małe okienko, ażeby cokolwiek zobaczyć muszę się schylać do dość nie wygodnej pozycji, to i tak nasza Ziemia jest najpiękniejsza z góry. Z samolotu.



Uwielbiam to uczucie -  przed startem żegnam zieloną i drzewiastą Polskę, aby za parę  godzin przywitać pustynną i gorącą Afrykę. Krajobraz, w kilka chwil, zmienia się  o 100%. Pomimo, iż nie wychodzę z lotniska,  pff nawet często z samolotu, i tak uważam, że jest to magiczna praca!

Moment, gdy po pożegnaniu pasażerów, wychodzę na schody rozglądam się dookoła i głęboko oddycham, powietrzem tak różnym od naszego, jest niesamowity  ;)


Jeżeli kochasz to co robisz, nie przepracujesz ani jednego dnia – szczera prawda. Ostatni lot, pierwszy mój samodzielny, miałam późno w nocy, na lotnisku musiałam już być o 1:00. Zbieraliśmy pasażerów z dwóch lotnisk z Polski, następnie lecieliśmy na wyspę grecką -  Korfu. Wysadziliśmy pasażerów i wróciliśmy z powrotem do naszej bazy. Byłam w pracy blisko 12 godzin, nie spałam ani minuty. Po tej rotacji, w południe, otworzyłam drzwi do swojego domu z ogromnym uśmiechem. Ledwo żywa, ale przeszczęśliwa.



Póki co odwiedziłam już kilka lotnisk w Polsce, lotnisko w Hurgadzie, dwie wyspy greckie - Rodos i Korfu ;) Czekam z niecierpliwością na kolejny lot! Szczególnie do Gdańska. Z chęcią przywitałabym się z autorką bloga samolotowoo.blogspot.com

Organizacja czasu w święta ;)

Organizacja czasu w święta ;)


To będą leniwe święta! Pierwszy raz, jak długo żyję, nie mam żadnych, ale to kompletnie żadnych planów świątecznych. Do nikogo  w odwiedziny się nie wybieram, sama też nie spodziewam się gości – rodzina się rozjechała, Patryk utknął na czas świąt w Pradze. Zostałam tylko ja i moi rodzice.

To będą bardzo leniwe święta!

To będą pierwsze święta w moim życiu, które spędzę w domu. W  dodatku tylko z  rodzicami.  Patryk, niestety święta spędzi w Pradze w pracy. Jestem więc sama, nawet pogoda prawdopodobnie mnie opuści i za oknem będzie zimno i mokro. Więc pewnie zostanę w swoich czterech ścianach.

Brak konkretnych planów, wcale nie oznacza, że ja nie planuje tego wolnego czasu. Oczywiście, że mam pewne pomysły, jak nie zmarnować teoretycznie nudnego, czasu.
Zabrzmi to samolubnie, ale będzie to czas dla mnie i tylko dla mnie – pomijając fakt, jak rozpieszczę swoje ciało kaloriami – popracuje nad sobą, swoim wyglądem i rozwojem. Brzmi poważnie, oby wyszło!  

Trzy pomysły, co robić, aby w święta nie zwariować (porady dla osób spędzających święta w czterech ścianach) 

1.      Domowe SPA

Aż wstyd się przyznać, ale nie pamiętam kiedy ostatnio miałam maseczkę na twarzy, czy z większą uwagą zajęłam się swoimi stopami. Nie mówiąc już o peelingach, wcieraniu olejków itd.. Tuning jest mi zdecydowanie potrzebny! Już marzę o ciepłej wodzie w wannie i kilku kropelkach aromatycznego olejku. Relaks, podejrzewam, każdemu się przyda ;) 




2.     Wreszcie znajdę czas na książki


Uwielbiam czytać, ale niestety na codzień ciężko mi wygospodarować wolny czas na książkę. Nie będę ukrywać, że literaturę najchętniej kupuję przed wyjazdem na wakacje. Opalanie plus czytanie to idealne połączenie wakacyjnego wypoczynku, aczkolwiek święta plus deszcz (bądź śnieg, albo grad) za oknem, też temu sprzyja :)




3.     Dalsze szlifowanie języków obcych

Angielski staram się cały czas ćwiczyć, na okrągło oglądam filmy tylko po angielsku. Zazwyczaj rozumiem tak około 70% treści, 15%  domyśle się po twarzach aktorów, a  kolejne 15% to moja już tylko moja wyobraźnia.

W swojej kolekcji rozpoczętych języków i zakończonych edukacji na poziome A1 mam jeszcze kilka. W  święta prawdopodobnie będę witać wszystkich: Ciao! Multo benne, a tu?

Poniżej wklejam Wam genialny filmik, o tym ile tak naprawdę potrzebujemy słów, aby w danym językiem się posługiwać i jak szybko się go nauczyć!  
Pamiętajcie, podstawą nauki powinno być tylko i wyłącznie słownictwo, a nie tak jak to się działo za moich czasów w szkole - gramatyka. 

Gramatyka jest ważna owszem, ale już w dalszej edukacji, gdy chcemy osiągnąć poziom średnio zaawansowany bądź zaawansowany. 





Opcjonalnie:

W przypadku beznadziejnego nastroju, braku humoru i znużenia szarą rzeczywistością za oknem, otworzę komputer i będę się uczyć stylu i szyku od wspaniałej Audrey Hepburn i Grace Kelly! ;) 

Zakupowe szaleństwo

Zakupowe szaleństwo

Rzadko na blogu robię tak zwane „haul zakupowy”, jednak  jak się okazało, do w pełni rozpoczęcia mojej nowej pracy musiałam zainwestować w parę drobnych rzeczy - może nie wszystkie były drobne..


Postanowiłam Wam juz podarować przyjemność oglądania nowego płaszcza, walizki czy specjalnej torebki, która będzie ze mną latać. Lista zakupowa była długa, więc wybrałam perełki, które moje oko cieszą najbardziej! 


W  związku z dosyć rygorystyczną dyscypliną  mundurową, musiałam zainwestować w biżuterię. Dozwolone są tylko małe kolczyki perełki bądź kryształki. Ja zdecydowałam się na te drugie. Marzyły mi się, oczywiście, oryginalne od Swarovskiego, jednak cena mnie odstraszyła – blisko 200 złotych i drastycznie zleciałam z marzeń na ziemię. Najkorzystniejsze cenowo i jakościowo znalazłam w jubilerze YES. Uwaga za jedyna 25 złotych! Zdecydowanie konkurencyjna cena, do pozostałych ;) 



Na liście produktów, które koniecznie musiałam kupić do pracy, był także długopis. Porządny, niezawodny, który nie przyniesie mi wstydu. Nie ma nawet mowy o długopisie z nadrukiem SELGROS bądź PZU. Musi być gładki, klasyczny i elegancki. Taki znalazłam w promocji w Empiku za ponad 11 złotych z firmy Zenith. Jest to edycja retro, bardzo mi się podoba! Szczególnie, wraz z długopisem, zamieszczona instrukcja obsługi ;)



Jak się okazało, makijaż nie jest przypadkowy, a rekomendowana przez firmę, jest marka INGLOT. Każda z nas musi mieć zarówno usta, jak i oczy mocno podkreślone. Oczywiście, wszystkie w tym samym kolorze;) Intensywność makijażu, jest związana ze słabym oświetleniem w samolocie, które powoduje, że przy delikatny make-up, wyglądamy po prosu jakbyśmy go kompletnie nie miały. Usta są praktycznie bordowe, na codzień nigdy takich kolorów nie noszę, ale podoba mi sie bardzo – w pracy będę miała całkowicie inną osobowość – drugą twarz!  







Nie mogłam się oprzeć szałowi zakupów i postanowiłam zainwestować jeszcze w książkę Stewardessy, która latała dla Arabowa. Jestem bardzo ciekawa jej przygód i wrażeń po pracy dla jednych z najlepszych linii lotniczych. 




Na koniec, muszę się pochwalić, jaki piękny prezent dostałam od Patryka! W ramach gratulacji w spełnianiu marzeń, dostałam od niego mały srebrny samolocik. Uwielbiam ten naszyjnik nie rozstaje się z nim. Kojarzy mi się nie tylko z moim „nowym officem”, ale również z samym Patrykiem – to on zaraził mnie pasją latania, sam też aktualnie jest w Boeingu i podróżuje jako CC. I wiem, że gdyby nie on, to prawdopodobnie nawet bym nie marzyła o tym zawodzie:-) 




Gdy wyrzucają Cię drzwiami, wchodź oknami!

Gdy wyrzucają Cię drzwiami, wchodź oknami!


           Gdy wyrzucają Cię przez drzwi, pchaj się oknami! - takie zdanie usłyszałam od mojej przyjaciółki Klaudii, gdy poczułam gorzki smak porażki oraz gorycz, że jednak marzenia się nie spełniają. 

Jak wcześniej się chwaliłam, udało mi się dostać do linii lotniczych. Jednak moja historia, nie jest niestety taka błaha, jak od wielu ludzi z tej branży -  po prostu wysłałam CV i się udało! Niestety, nie w moim przypadku. 



         Jak tylko we wrześniu się obroniłam, od razu planowałam próbować swoich sił w lotnictwie. Wiedziałam, że jesienią i zimą odbywa się wiele naborów, praktycznie każda linia wraz zbliżającym się sezonem, szuka kandydatów na personel pokładowy. Nie tracąc czasu, od razu wzięłam się do nauki angielskiego, który przez pięć lat studiowania znacznie się pogorszył. I tak dziennie powtarzałam słówka, oglądałam filmy po angielsku, czytałam książki - robiłam co mogłam, aby jak najwięcej obcować z językiem. Pierwszą rozmowę, z tej branży miałam bodajże 3 grudnia. Gdy tylko odebrałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, ogarnął mnie szał radości... i paniki. Czytałam wcześniej na wielu forach, że są to bardzo specyficzne rozmowy, w których zazwyczaj proporcja kandydatów do liczby miejsc jest rażąca. 



           Do sprawy, jak to ja, podeszłam od razu bardzo poważnie. Elegancko ubrana, niczym stewardessa, w idealnie zaczesanych włosach i z uśmiechem na twarzy 3 grudnia weszłam do sali pełnej kandydatów. Sam widok takiej ilość osób przyprawił mnie o zawrót głowy. Większość z nich, bo oczywiście były wyjątki w dżinsach, wyglądała jak personel pokładowy. Atmosfera w oczekiwaniu na pierwszy etap była całkiem przyjemna. Poznałam wiele ciekawych osób, którzy tak jak ja marzyli o lataniu. Spora część z nich miała już doświadczenie w tej branży, na przykład po upadłym niedawno Bingo Airways. 


        Nie liczyłam, że mam jakiekolwiek szanse wśród tylu ludzi, z takim bagażem doświadczenia. 

Jednak jakimś cudem udało mi przejść pierwszy etap - scenki z pasażerami. Znalazłam się w finałowej ósemce. Byłam w ogromnym szoku. Z pięćdziesięciu osób zostało osiem, a to dopiero był początek. Drugi etap - prace grupowe, była dla mnie niesłychanie ciężki, jednak jakimś cudem znowu się zakwalifikowałam. Byłam przeszczęśliwa, czytając swoje imię i nazwisko na kartce wywieszonej na drzwiach sali, czułam się  niczym jak bohaterka amerykańskiego filmu. 

Dochodziły już późne godziny popołudniowe. Byłam już przemęczona stresem i nerwami, ale szczęśliwa. Przede mną został ostatni etap i tylko sześć osób - rozmowa kwalifikacyjna. Pomimo iż, przebiegła w miłej atmosferze, a ja już gdzieś w środku się cieszyłam, że się udało, jest szansa, że będę stewardessą. Kilka godzin po całej rekrutacji zadzwonili do mnie, że niestety nie przeszłam ostatniego etapu. 


Świat mi się zawalił.


Serio.


           Ogromny ból w środku, potok łez, nad którymi nie potrafiłam zapanować, rozgoryczenie i w kółko przewijające się pytania z rozmowy oraz twarze które świeżo  poznałam. Cierpiałam bardzo. Może przez to, że tak bardzo pragnęłam tej pracy? A może przez to, że byłam już o krok, aby ją dostać? W tym dniu zasnęłam w ciuchach, skulona i zapłakana. Następnego dnia rano okazało się, że łzy nie przestawały lecieć. Nadal mnie bolało  gdzieś tam głęboko w środku. W całej tej mojej małej katastrofie bardzo mnie wspierał Patryk, który na szczęście nie pocieszał mnie głupkowato, czyli:  będzie dobrze, a co się stało, że się udało? uda ci się jeszcze! będzie dobrze! Po prostu, był  przy mnie, mocno przytulał i ocierał moje cieknące łzy. 


       Wieczorem następnego dnia, Klaudia, która mocno trzymała za mnie kciuki w spełnianiu marzeń, postanowiła wyciągnąć mnie na kawę (no dobra, na piwo ;)) Nie miałam ochoty opuszczać swojego domu, ale wiedziałam, że powinnam wyjść do ludzi, a nie zadręczać się wspomnieniami. I tak, jak dla mnie to wszystko było końcem świata, tak Klaudia otworzyła mi oczy, pokrzyczała na mnie trochę i postawiła mnie do pionu. Nigdy nie zapomnę, jak ona w sekundzie znalazła milion dobrych stron całego tego przeżycia. I przede wszystkim w kółko wpaja mi do głowy jedno zdanie: Kochana nie chcą Cię drzwiami, wchodź oknami.!!


      Tak więcej postanowiłam, że nie poddam się. Były jeszcze dwie linie, które powinna w krótkim czasie ogłosić nabory, a jak się nie uda będę próbować za rok. 


   Przez kolejne trzy miesiące chodziłam na różne, teraz z perspektywy czasu, wręcz głupkowate rozmowy kwalifikacyjne, w miejscach w których tak naprawdę nawet nie chciałam pracować. Czasami dostawałam już załamania nerwowego, że nadal nie mam pracy. Aż tu pewnego dnia zadzwoniła do mnie Pani z kolejnych linii lotniczych zaprosić mnie na spotkanie. Tym razem podchodziłam do wszystkiego bardzo sceptycznie. Byłam zdeterminowana jak nigdy, ale dobrze wiedziałam czego mogę się spodziewać - dużej ilości dobrych kandydatów, oraz ciężkiej rekrutacji. 



Po tygodniu dostałam maila, że witają mnie w swojej lotniczej rodzinie!
Byłam i jestem przeszczęśliwa. Spełniło się moje marzenie.

Po co Wam o tym piszę?

Z kilku powodów. Aby Was przekonać, że.. 

1) Marzenia się spełniają!

2).. ale, aby do tego doszło, trzeba włożyć całe swoje serce w pracę nad tym,

3) Nigdy się nie poddawaj!

4) Akceptuj porażki i wyciągaj z nich wnioski.

5) Nigdy nie hamuj łez, z czasem same przestaną płynąc,

6) I pamiętaj, nie ma rzeczy niemożliwych!


P.S. Od jutra wracam już do regularnego blogowania z tradycyjną tematyką ;) 

Happy!

Happy!

Dziewczyny, przepraszam za tak długą nieobecność, ale działo się u mnie ostatnio sporo. Mogę powiedzieć, że moje życie, praktycznie obróciło się do góry nogami. Z płaczącej, bezrobotnej, do tego mocno schorowanej ( trzy tygodnie leczyłam zapalenia ucha i gardła! ) osoby, nagle, po jednym telefonie stałam się najszczęśliwsza osobą na ziemi (póki co;))

Pamiętacie, jak Wam pisałam, o swoim planie nauki języka angielskiego? Że koniecznie muszę  poprawić jego jakość, aby spełnić swoje marzenia zawodowe?
Udało się.

Byłam świadoma tego, że albo się sama zmotywuję i osiągnę swój cel, albo, zaraz na wstępie, poddam się. A marzenia schowam do jakiegoś wolnego pudełka w mojej głowie, aby się kurzyły. Charakter tej pracy, niestety, wymaga dobrego, komunikatywnego angielskiego. Jest on sprawdzany już na rozmowie kwalifikacyjnej, która w większości firm, jest prowadzona od początku do końca właśnie w tym języku. W miesiąc, ze słabego angielskiego do dobrego? Samemu? Nie realne? Realne! 

Po 1000 wysłanych CV, po siedmiu nieudanych ( i teraz się z tego bardzo cieszę ) rozmowach kwalifikacyjnych, dostałam pracę, o której marzyłam;)


Nie mogę, i trochę też  jeszcze się boję mówić, o niej jako o ogromnym pewniaku. W poniedziałek rozpoczęłam szkolenie, które trwa cały miesiąc. Spotkania są od poniedziałku do soboty. Wolne mam tylko niedziele. Dużo zaliczeń, jeszcze więcej nauki. A całość kończy się decydującym egzaminem.

Dopiero za miesiąc będę mogła powiedzieć, tak jestem …

Na razie mogę Wam tylko pokazać zdjęcie, które idealnie oddaje moje dzieciństwo.. 


Zawsze miałam za dużo energii ;)
Teraz już wiem, że marzenia się spełniają. I tu nie chodzi o żadną magię, rzeczy nadprzyrodzone czy inne cuda. Głównym sprawcą spełnionych naszych marzeń to my i nasza ( często bardzo ciężka ) praca. Determinacja, motywacja i upartość w działaniu oraz pasja – to przepis, na sukces ;) 


Za kilka dni znowu się odezwę. Pod koniec marca, jak skończy się szkolenie, będę pisać częściej. Nowa praca i jej charakter, na pewno będą miały wpływ na mojego bloga, mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ale po prostu czasem, będę musiała coś tutaj o niej napisać, bo ja już się czuję jak pracoholik totalnie zakochany w swoim zawodzie!

Przemęczona, zalatana, ale szczęśliwą.

Bransoletka Michael Korsa

Bransoletka Michael Korsa

Każda z nas ma hopla na punkcie czegoś innego. I wydaje na to często nie przyzwoite sumy. Ja, zdecydowanie jestem oszczędna jeśli chodzi o kosmetyki, z większości mam po jednej sztuce - fluidy, kremy do twarzy, tusz czy nawet puder. Trochę gorzej u mnie z pielęgnacją włosów. Naiwnie wierzę producentom obiecującym piękne i zdrowe włosy.

Jednak, największą słabość okazuję przy zakupie biżuterii, tak dokładniej przy bransoletkach.

Uwielbiam je nosić, do tego stopnia mam bzika na ich punkcie, że zawsze jakaś trafia na moja listę prezentów świątecznych czy urodzinowych. Znaczną większość dostaje w prezencie. Najczęściej od TŻ, bo też jemu zawsze mogę szczerze  powiedzieć, o czym aktualnie marzę (albo tak dokładniej – o której).

Mam dość sporą kolekcję, na pewno kiedyś się nią pochwalę. Dzisiaj chciałam Wam przedstawić moją nową ukochaną bransoletkę od Michael Korsa. Dostałam ją miesiąc temu na święta, wiadomo od kogo ;)

Bransoletka Michael Korsa

Bransoletka Michael Korsa

Bransoletka Michael Korsa

Od rodziców, po obronie magistra, dostałam w prezencie cudowny zegarek Michaela Korsa. Był to mój wymarzony i upragniony model. Gdy go na codzień nosiłam, odczuwałam pewien brak. Zazwyczaj wszystkie zegarki MK są prezentowane w towarzystwie bransoletek. Wówczas, moim zdaniem, lepiej się prezentują. Tak więc, poniekąd, byłam przymuszona do takiego zakupu. Dla dobra zegarka ;)

Bransoletka Michael Korsa

Bransoletka Michael Korsa






P.S. Przepraszam za cieszę na blogu, dopadła mnie grypa :(